O wzbogacaniu języka polskiego, prawu do nie otwierania własnych drzwi, które co chwila ktoś mi łamie, donosicielstwie i nowym instynktom czającym się tuż tuż

Nieśmiale, w zaciszu myszki, odkrywam tajemnice WordPressa. Założyłam próbnego bloga, tylko popatrzeć…i jejciu! Ile tam opcji i dodatków! Mekka dla blogera, radość dla maniaków guziczków i opcji.
Na razie jednak badam i macam. Nie lubię przenosić bloga, bo potem to już nie to samo. Ale po ostatnich kwiecistych wiązankach wysyłanych pod adres pseudo-adminów Onetu przy każdej okazji mam ich dość. Napisałam do nich maila, oczywiście nie doczekałam się odpowiedzi, niech im będzie. Może dlatego, że śmiałam stwierdzić, że tym co nie idą z postępem, internetowy świat macha na pożeganie?

Mam wrażenie, że Admini przelewają całą swoją twórczą energię z budowania serwisu na wygrzebywanie codziennie nowego tematu o emigrantach, który internetowym trollom djea możliwość wypowiedzieć się soczyście i swobodnie na temat zasiłków, które leżą poza ich zasięgiem i funtów, których nie mają i według nich można je zarabiać tylko i wyłącznie myjąc gary w zakładzie opieki. A przy tym to słynne już, super użyteczne słowo, które jak sądzę niedługo uzyska status takich hitów jak: “mertoryczny”, “kurwiki” i “zasadniczo”. Chodzi mi oczywiście o słowo NIEUDACZNICY. Jakś kretyn użył go względem emigrantów raz, teraz co post na forach można poczytać co kto sądzi o Nieudacznikach. (Czasem nawet, dłuższe poszukiwanie pozwala znaleźć takie kwiatki jak “niełudacznicy” lub “nieódacznicy”.) Już niedługo słowo to stanie się synonimem emigranta.

/Bramka w Urzędzie Skarbowym- “Nieudacznicy pasący się na bezprawnie pobieranych zasiłkach w UK- rozliczenie PITów za rok 2008- okienko 345″. Nie dziękujemy./

***

Zrobiliśmy sobie wakacje. W niedzielę postanowiliśmy pojechać do Ogrodu Botanicznego w Oksfordzie… o 16:00. Ostatnie wejście, według przewodnika planowane było na 17:15 i oczywiście na nie nie zdążyliśmy :) Pozostało nam chodzenie po mieście, oglądanie moich ulubionych sklepów- zamkniętych i przysiadanie na każdym schodku i kuble na śmieci w oczekiwaniu na odzyskanie tchu. Potem poszliśmy się najeść i wzięłam zamiar szczerze do serca. Napchałam kiszki pysznościami, potem nie mogłam wstać, potem usiąść, potem wsiąść do samochodu… a chwilę później dopychałam wizytę w restauracji czekoladowymi roladkami. :D
Wypstrykaliśmy 1Gb zdjęć i wróciliśmy do domu baaardzo zadowoleni.

***

Małe Cielątko ma już swój rytm dnia. Budzi się 10 minut po mnie i zaczyna dzień od bardzo dramatycznych czkawkowych podskoków. Po 20-30 minutach, kiedy mam wyrzuty sumienia, że nie mogę jej podać szklanki wody ani wystraszyć, przestaje podskakiwać i zasypia. I napędza mi czasem stracha bo potrafi tak kimać do popołudnia, podczas gdy ja wsłuchuję się w każde najmniejsze wrażenie dochodzące Z Arbuzka. Kiedy jestem już o krok od proszenia Susła o natychmiastową wizytę w klinice, żeby przyłożyć mi słuchawkę i sprawdzić co w trzewiach piszczy- młoda otwiera jedno oczko i dziwi się, że matce serce bije jak dzwon na roraty. Wieczorem przychodzi czas na maraton w miejscu czyli “Ej Mama, sprawdźmy jak daleko tak dobiegnę, jak tak będę machać nożkami, o tak.. liczysz?”. Wykończona majtaniem, znowu dostaje czkawki a potem zasypia i o ile się nie mylę (a sen mam płytki) przesypia całą noc bez kręcenia się. Do następnej czkawki.

***

Znowu to samo. Prawie codziennie ktoś dzwoni i puka nam do drzwi, uparcie i nieustannie przez 10 minut i za nic ma fakt, że nikt nie otwiera. Ja nie mam najmniejszego zamiaru wyskakiwać z piżamy, szarpać się z portkami, skakać na jednej nodze i uprawiać gimnastyki na schodach i lecieć w dół, żeby posłuchać sąsiada z drugiej strony wsi, który zaprasza na wieczór poetycki- więc nie otwieram. Ściszam telewizor i siedzę sobie aż natręt zrezygnuje i zacznie walić do następnych drzwi. Poczta to nie jest, na listy jest specjalna szparka, znajomi tym bardziej- ani szparki ani chętnych do przepychania się na drugą stronę drzwi… więc kto? Komisja informująca o mojej kandydaturze do Nagrody Nobla? Może gdzieś się pali?

Ale dziś przegięli. Najpierw dzwonienie dzwonkiem, potem pukanie paluchem, potem gwizdanie od strony ogrodu…i sąsiadka, która zawsze jest w pobliżu- gotowa udzielić istotnych wskazówek jak: “Słyszałam spłukiwanie wody” lub “Przecież są otwarte okna!”. Stoją więc i myślą a ja wkurwiona do zieloności marzę o szwedzkim systemie przyjmowania wizyt: jesteś nieumówiony? S p a d a j n a d r z e w o! I to samo dotyczy matki, ojca, dziecka, sąsiadki i psiapsiółki. Jeśli nie zadzwonisz z tygodniowym wyprzedzeniem i nie poinformujesz, że masz zamiar obstukać czyjeś drzwi- nawet nie licz na to, że ktoś ściszy telewizor. Po prostu, Szwed Szwedowi drzwi nie otworzy nawet jeśli gość przebył góry i fiordy, przejechał na nartach cztery lodowce i pokonał po drodze niedźwiedzia jaskiniowego. Spadaj skąd przybyłeś, podróżniku miły.

Kiedy z pracy wraca Suseł- sąsiadka szurająca po podjeździe nie ma nic do przekazania. Nic, jakby wcale nie komenderowała natarciem na drzwi kilka godzin wcześniej.

Nie lubię kobiety. Kiedy zgłosiliśmy chęć i gotowość do wyprowadzki w agencji, po kilku dniach dostaliśmy list, który oficjalnie potwierdzał przyjęcie naszego wypowiedzenia i upominał w dwóch kwestiach: trawnik i kubeł.

Trawnik. Przez trzy tygodnie próbowaliśmy pożyczyć od kogoś kosiarkę do trawy, pisałam o tym. Sąsiadka poinformowana o naszym problemie stwierdziła, że jej kosiarka naszej trawy nie uciągnie. Dopingowała kiedy w końcu skosiliśmy ten cholerny łan kwitnącego zielska a w międzyczasie… zadzwoniła do agencji i poinformowała ich, że nasz trawnik jest nieskoszony i brzydko jej wygląda. :/

A w kwestii kubłów. Trzy razy pytaliśmy w jakiej kolejności i kiedy wywożą śmieci z naszej ulicy, a zamiast w piątek przyjeżdżali w poniedziałek, zamiast niebieskiego brali brązowy… a nas nie było w domu bo pracowaliśmy od 7:00 rano. I w liście od agencji, po 7 tygodniach od czasu kiedy przegapialiśmy wywózkę śmieci, znalazło się spostrzeżenie, że nie wytaczamy kubła na czas. I kto maczał w tym swoje paluchy? Kto??

… przestali pukać.

***

Nadal dzwonimy do byłego Landlorda próbując odzyskać depozyt. Udało się połączyć z cholernikiem osobiście, złożył winę na wujka i stwierdził, że nie mają powodów przetrzymywać naszych pieniędzy (dłużej niż 3 miesiące?) bo oddaliśmy Zamczysko w stanie lepszym niż dostaliśmy. Ale 900 funtów dobrze się czuje w każdej kieszeni i nie lubi zmieniać właściciela, więc od zeszłego tygodnia wujek każe dzwonić do siostrzeńca, siostrzeniec do własnej agencji a agencja obiecuje za chwilę oddzwonić. Mają nasze namiary, mają numer konta i nadal mają mamonkę. :/ W dupę jeża ludojada!

***

W Domu położyliśmy wszystkie “drewnopodobne elementy powierzchni płaskiej” (a taka definicja jest? :) ) które nie wymagały cięcia i czeka nas już tylko piłowanie. Moja futryna jest gotowa a ja planuję malowanie na weekend. Idzie mi jak po gruzie bo zamiast skrobać drewno co chwila łażę do pokoiku Majki i coś w nim przestawiam. Zawiozłam na miejsce wszystkie ubranka i komódkę, posegregowałam łaszki według rodzajów, rozkładając je w 3 szufladach, godzinę później rzuciłam szpachelkę i posegregowałam je względem rozmiaru… powinnam być bibliotekarką. Dwa razy odkurzyłam dywan i sprawdziłam kąty w poszukiwaniu pająków. To chyba musi być instynkt wicia gniazda.

Zwyczajnie nie mogę się doczekać. Łapię się na tym, że nie mogę czytać, pisać, zawieszam się siedząc na krzesełku i wpatrując się w punkt w nicości. A kiedy tak się zawieszę, moja wyobraźnia snuje wizje różowe i mięciutkie, wbrew moim zarzekaniom, że nie będę się rozczulać i oklejać wszystkiego różowymi gwiazdkami. Wokół lata taki biały pyłek, elfy grają na harfach a ja tulę Majcika i mam wszytsko w tyle. :)

***

Minęło 30 minut, ktoś znowu atakuje dzwonek. *****wa wasza mać!